środa, 30 kwietnia 2014

I see fire

Sprawy mają się źle. Bardzo źle. 
Jestem okropnym człowiekiem. Tak okropnym, że już czasem brak mi sił. Tak okropnym, że nawet iż zdaję sobie z tego sprawę, to nie staram się zmienić. Jestem zaślepiona gniewem i trwam w nim bezustannie. Raz na jakiś czas odzywa się we mnie łagodna natura, zmęczenie, a po tym gniew wraca z podwojoną mocą. Ranię ludzi, na których mi zależy. Nie potrafię dać im tego, czego potrzebują. Jestem takim marnym pocieszeniem. Chociaż nawet nie wiem czy mogę nazwać się pocieszeniem. Nigdy nim nie byłam. Jestem uosobieniem kłopotów. Niczego co mogłoby kończyć się happy endem. 
Nie znoszę siebie. Cieszę się, że mam tą pieprzoną dumę, ale teraz nienawidzę jej z całej siły. Chciałabym móc o niej chociaż na moment zapomnieć, ale ona chodzi za mną krok w krok i przypomina o sobie. Nie daje mi spokoju. 
Powinnam teraz latać po mieszkaniu jak szalona, nie wiedząc co wpakować do torby. Na pewno wzięłabym tę niebieską, rozciągniętą koszulkę z Garfieldem. Chciała ją przymierzyć, pochodzić w niej, bo zapewniałam, że jest bardzo wygodna. Wzięłabym legginsy, te granatowe, w których zawsze widać mi majtki, ale u niej nie dbałabym o to. Powinnyśmy się przyzwyczajać do tego typu widoków, a nawet lepszych. Wzięłabym ze sobą 3-4 koszulki + szary sweter, a do tego dżinsy i moje rurki o niezidentyfikowanym dla mnie kolorze (jakiś taki jasny niebieski). Bardzo możliwe, że zapomniałabym spakować ładowarkę. Zbyt często to robię. Spędziłybyśmy razem cudowny czas. Na pewno. 
Czuję się okropnie. Nie chcę być sama...